Ostatnie zajęcia w LSI odbyły się nietypowo. Poszliśmy  całą grupą do pubu na English breakfast. Nie wszyscy dali się namówić na typowy angielski zestaw – pieczywo, ciepła kiełbasa, fasola i jajko sadzone na bekonie.  Nasza różnorodność kulturowa i tu dała o sobie znać. Niektórym z nas wystarczyła kawa z ciastkiem albo tosty z dżemem lub nutellą.

Świadomość zbliżającego się końca mojej mobilności sprawiła, że czas w Londynie zaczął przyspieszać. Jeszcze tylko dwa dni a tyle  do zobaczenia, chciałoby się więcej!

Utrwalając dzisiejszą gramatykę z zajęć comparatives, zastanawiałam się o ile lepiej znam język angielski niż dwa tygodnie temu, o ile lepiej znam Londyn niż kiedy tu byłam 6 lat temu, o ile….Stop. Na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas. A skoro ten czas płynie szybciej niż dwa tygodnie temu :) to postanowiłam go nie marnować.

Oj, nie pamiętam kiedy ostatnio „TO” czułam: miałam może 7, może 12, a może 18 lat. Nie wiem. Wiem jednak, że zawsze pierwszy dzień nowego roku szkolnego był dla mnie czymś wyjątkowym. Do dziś pamiętam jak każdego roku, pod koniec wakacji, kupowałam z mamą książki, zeszyty, przybory szkolne. Pamiętam radość spotkania z przyjaciółmi, ale także pewien stres i obawy związane z nauką w wyższej klasie. Zastanawiałam się jaki będzie mój kolejny rok szkolny, czy dam sobie radę, czy będzie dużo pracy, czy będę z siebie i swoich postępów zadowolona.

Dzisiaj na nowo tego doświadczyłam. Radość mieszała się z niepewnością. Uczucie zniecierpliwienia i oczekiwania przeplatało się z podekscytowaniem. Mój pierwszy dzień w szkole.

Kiedy Nick – mój nauczyciel - ogłosił, że w poniedziałek 28 sierpnia mamy wolne ze względu na Bank Holiday, z całej grupy tylko nasza chińska koleżanka była zasmucona. Pozostali zacierali ręce  na myśl o trzech dniach wolnego w Londynie.

Dlaczego Bank Holiday i dlaczego właśnie w ostatni poniedziałek sierpnia? Pozwolę sobie zacytować przewodnik po Anglii:

 „Letnie Święto Bankowe jest obchodzone w Anglii, Walii i Irlandii Północnej w ostatni poniedziałek sierpnia (w Szkocji w pierwszy poniedziałek sierpnia). Święto zostało wprowadzone na podstawie Ustawy o Świętach Bankowych z 1871 roku i właśnie w tym roku obchodzono je po raz pierwszy. Pierwotnie jego celem było umożliwienie pracownikom banków udziału w meczach krykieta. Z początku w całym kraju Święto obchodzone było w pierwszy poniedziałek sierpnia, ale od 1965 roku (w pierwszych latach testowo) przeniesiono je w Anglii, Walii i Irlandii Północnej na ostatni poniedziałek sierpnia. Obecnie Letnie Święto Bankowe służy jako ostatnia odskocznia przed rozpoczynającym się rokiem szkolnym.”

W Londynie trwa długi weekend. Poniedziałek jest świętem państwowym więc i my mamy wolne.

Ale zanim to nastąpiło podsumowaliśmy w szkole pierwszy tydzień zajęć. Nie było łatwo. Ale też nikt nie mówił, że będzie ?.

Kilka osób skończyło swój kurs i w weekend wracali do kraju. Nasze połowinki odbyły się w muzeum. Niestety nie była to zabawa ale całkiem intensywna praca.

Ponieważ szkoła mieści się niedaleko British Museum, tam właśnie Michelle (moja Pani od angielskiego) zabrała nas na lekcję. Mieliśmy w parach przygotować prezentację o wybranym fragmencie ekspozycji.

Uff. Doleciałam. Cała i zdrowa. Nie pisałam wam tego wcześniej, ale…ja się bardzo boję latać samolotem! W ogóle – nie lubię, gdy jest wysoko. Metr nad ziemią, no może dwa – ok. Jakoś to zniosę. Ale podniebne podróże? Oj, to nie dla mnie. Na szczęście szybko minęło i już o tym zapomniałam ;) I tak naprawdę dopiero teraz mogę na spokojnie rozkoszować się pięknymi krajobrazami widzianymi z lotu ptaka. Oglądanie ich w formie zdjęć na moim komputerze w zupełności mi wystarczy ;)

Do Londynu leciałam z Wrocławia. Gdy zjawiłam się po 4 rano na lotnisku za oknem królowała jeszcze noc. I chociaż terminal wypełniony był całkiem sporą ilością podróżujących , to mam wrażenie, że dopiero pierwsze promienie słoneczka obudziły ten nieco zaspany tłum. Do lotu pozostały dwie godziny. Dokonałam odprawy i... I nawet nie wiem kiedy mi ten czas zleciał. Czy to nerwy i stres? A może zmęczenie? Przecież z tego wszystkiego nie mogłam spać pół nocy… No nic. Czas wejść na pokład. Ahoj przygodo! Otuchy dodawała mi książeczka, którą wykonała dla mnie moja córcia Basia, a w której znajdowały się jej różne rysunki. Gdy w powietrzu mocniej obleciał mnie strach – od razu zasiadłam do lektury Basikowego dzieła i momentalnie humor mi się poprawiał. To był dobry pomysł córeczko! Dziękuję!

Nadszedł czas pożegnania.

Ostanie zajęcia popołudniowe, ostatnia lekcja piątkowa. Ostatnie zdjęcia grupowe. Ostatni test, który udowodnił, że zrobiłam spore postępy (pierwszy napisałam tylko na 60%, a teraz 86%). 

Pora kupić pamiątki, spakować walizki i wyruszyć w drogę powrotną do domu.

Poniedziałek w CEC to czas, kiedy w szkole pojawiają się nowi uczniowie. W mojej grupie powitaliśmy Jentę z Japonii, Rudolfo z Meksyku i Jannikę z Niemiec. Także nauczycielka Heather rozpoczęła swoje wakacje, a jej miejsce zajęły Emily i Ankie.

Nowy tydzień rozpoczęłam już spokojniej. Coraz więcej rozumiałam, coraz pewniej radziłam sobie z mówieniem po angielsku. Z przyjemnością uczestniczyłam w zajęciach. Nie tylko rozwijałam swoje umiejętności językowe, ale także podglądałam warsztat irlandzkich nauczycieli. Zaczerpnęłam kilka zabaw i ćwiczeń, które spróbuję wykorzystać na lekcjach matematyki. Zamieszczę je także niebawem w naszym erasmusowym "banku pomysłów".

Jednego dnia, w drodze powrotnej ze szkoły CEC do mieszkania, moją uwagę przykuł napis "Education" widniejący na płaskorzeźbie wmurowanej w most. Przyjrzałam się bliżej odkryciu. I wtedy pierwszy raz dotknęłam historii niezwykłej kobiety Nano Nagle. Na płaskorzeźbie było napisane, że  w 225 rocznicę śmierci Nano Nagle, w dowód uznania dla jej wspaniałej pracy na rzecz katolickiej edukacji mieszkańców Cork, most nazwano jej imieniem.

Szkoła, w której odbywam mój kurs to International House. Mieści się w dzielnicy Camden tylko przecznicę od klimatycznego Covent Garden i rzut beretem od Oxford Street – słynnej ulicy, gdzie można robić zakupy w luksusowych sklepach odzieżowych lub mniej luksusowych (Primark?).

W porównaniu z koleżankami, które właśnie są na kursach językowych w Cork i Londynie, spędzam zdecydowanie mniej czasu w mojej szkole. Codziennie mam 3,5 godz. zajęć, ale też – niestety - codziennie dostaję  dwa lub trzy obszerne artykuły z profesjonalnych pism metodycznych, które muszę przeczytać i przygotować się na ich podstawie do następnych zajęć. Czyli – drodzy uczniowie - klasyczna praca domowa – mam za swoje, karma wraca?.

Życie studenta wcale nie jest łatwe!

Dzisiaj zmagałam się z czasami w języku angielskim i chyba mogłabym dodać jeszcze jeden – czas ciągle NIEpokonany!

I nikt mi nie wmówi, że kształcenie słuchu jest najtrudniejszym przedmiotem smile.

Razem ze mną przez czasy przyszłe, przeszłe, ciągłe itp. przebijają się Brazylijczycy, Chinka, dwie Japonki, Francuz, Turcy, dwie Czeszki i Ekwadorczyk. Czasami jest naprawdę śmiesznie.

Londyn powitał mnie deszczem. Do tego prawie środek nocy, dojazd do hostelu z dwiema przesiadkami i ja bez biletu! Okazało się, że kierowcy czerwonych autobusów są bardzo mili i bez większych kłopotów dotarłam na miejsce.

Położony w drugiej strefie Londynu akademik jest nowoczesnym budynkiem, bardzo dobrze wyposażonym i przyjaznym. Mam pokój jednoosobowy ze wspólnym aneksem kuchennym z sąsiadującą Niemką. Dojazd do centrum Londynu zajmuje mi ok. 30 minut.


Projekt "Muzyczny klucz do Europy" jest realizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej.

Treść strony internetowej odzwierciedla jedynie stanowisko jej autorów
i Komisja Europejska oraz Narodowa Agencja Programu Erasmus+
nie ponoszą odpowiedzialności za jej zawartość merytoryczną.