W Londynie trwa długi weekend. Poniedziałek jest świętem państwowym więc i my mamy wolne.

Ale zanim to nastąpiło podsumowaliśmy w szkole pierwszy tydzień zajęć. Nie było łatwo. Ale też nikt nie mówił, że będzie ?.

Kilka osób skończyło swój kurs i w weekend wracali do kraju. Nasze połowinki odbyły się w muzeum. Niestety nie była to zabawa ale całkiem intensywna praca.

Ponieważ szkoła mieści się niedaleko British Museum, tam właśnie Michelle (moja Pani od angielskiego) zabrała nas na lekcję. Mieliśmy w parach przygotować prezentację o wybranym fragmencie ekspozycji.

Uff. Doleciałam. Cała i zdrowa. Nie pisałam wam tego wcześniej, ale…ja się bardzo boję latać samolotem! W ogóle – nie lubię, gdy jest wysoko. Metr nad ziemią, no może dwa – ok. Jakoś to zniosę. Ale podniebne podróże? Oj, to nie dla mnie. Na szczęście szybko minęło i już o tym zapomniałam ;) I tak naprawdę dopiero teraz mogę na spokojnie rozkoszować się pięknymi krajobrazami widzianymi z lotu ptaka. Oglądanie ich w formie zdjęć na moim komputerze w zupełności mi wystarczy ;)

Do Londynu leciałam z Wrocławia. Gdy zjawiłam się po 4 rano na lotnisku za oknem królowała jeszcze noc. I chociaż terminal wypełniony był całkiem sporą ilością podróżujących , to mam wrażenie, że dopiero pierwsze promienie słoneczka obudziły ten nieco zaspany tłum. Do lotu pozostały dwie godziny. Dokonałam odprawy i... I nawet nie wiem kiedy mi ten czas zleciał. Czy to nerwy i stres? A może zmęczenie? Przecież z tego wszystkiego nie mogłam spać pół nocy… No nic. Czas wejść na pokład. Ahoj przygodo! Otuchy dodawała mi książeczka, którą wykonała dla mnie moja córcia Basia, a w której znajdowały się jej różne rysunki. Gdy w powietrzu mocniej obleciał mnie strach – od razu zasiadłam do lektury Basikowego dzieła i momentalnie humor mi się poprawiał. To był dobry pomysł córeczko! Dziękuję!

Nadszedł czas pożegnania.

Ostanie zajęcia popołudniowe, ostatnia lekcja piątkowa. Ostatnie zdjęcia grupowe. Ostatni test, który udowodnił, że zrobiłam spore postępy (pierwszy napisałam tylko na 60%, a teraz 86%). 

Pora kupić pamiątki, spakować walizki i wyruszyć w drogę powrotną do domu.

Poniedziałek w CEC to czas, kiedy w szkole pojawiają się nowi uczniowie. W mojej grupie powitaliśmy Jentę z Japonii, Rudolfo z Meksyku i Jannikę z Niemiec. Także nauczycielka Heather rozpoczęła swoje wakacje, a jej miejsce zajęły Emily i Ankie.

Nowy tydzień rozpoczęłam już spokojniej. Coraz więcej rozumiałam, coraz pewniej radziłam sobie z mówieniem po angielsku. Z przyjemnością uczestniczyłam w zajęciach. Nie tylko rozwijałam swoje umiejętności językowe, ale także podglądałam warsztat irlandzkich nauczycieli. Zaczerpnęłam kilka zabaw i ćwiczeń, które spróbuję wykorzystać na lekcjach matematyki. Zamieszczę je także niebawem w naszym erasmusowym "banku pomysłów".

Jednego dnia, w drodze powrotnej ze szkoły CEC do mieszkania, moją uwagę przykuł napis "Education" widniejący na płaskorzeźbie wmurowanej w most. Przyjrzałam się bliżej odkryciu. I wtedy pierwszy raz dotknęłam historii niezwykłej kobiety Nano Nagle. Na płaskorzeźbie było napisane, że  w 225 rocznicę śmierci Nano Nagle, w dowód uznania dla jej wspaniałej pracy na rzecz katolickiej edukacji mieszkańców Cork, most nazwano jej imieniem.

Szkoła, w której odbywam mój kurs to International House. Mieści się w dzielnicy Camden tylko przecznicę od klimatycznego Covent Garden i rzut beretem od Oxford Street – słynnej ulicy, gdzie można robić zakupy w luksusowych sklepach odzieżowych lub mniej luksusowych (Primark?).

W porównaniu z koleżankami, które właśnie są na kursach językowych w Cork i Londynie, spędzam zdecydowanie mniej czasu w mojej szkole. Codziennie mam 3,5 godz. zajęć, ale też – niestety - codziennie dostaję  dwa lub trzy obszerne artykuły z profesjonalnych pism metodycznych, które muszę przeczytać i przygotować się na ich podstawie do następnych zajęć. Czyli – drodzy uczniowie - klasyczna praca domowa – mam za swoje, karma wraca?.

Życie studenta wcale nie jest łatwe!

Dzisiaj zmagałam się z czasami w języku angielskim i chyba mogłabym dodać jeszcze jeden – czas ciągle NIEpokonany!

I nikt mi nie wmówi, że kształcenie słuchu jest najtrudniejszym przedmiotem smile.

Razem ze mną przez czasy przyszłe, przeszłe, ciągłe itp. przebijają się Brazylijczycy, Chinka, dwie Japonki, Francuz, Turcy, dwie Czeszki i Ekwadorczyk. Czasami jest naprawdę śmiesznie.

Londyn powitał mnie deszczem. Do tego prawie środek nocy, dojazd do hostelu z dwiema przesiadkami i ja bez biletu! Okazało się, że kierowcy czerwonych autobusów są bardzo mili i bez większych kłopotów dotarłam na miejsce.

Położony w drugiej strefie Londynu akademik jest nowoczesnym budynkiem, bardzo dobrze wyposażonym i przyjaznym. Mam pokój jednoosobowy ze wspólnym aneksem kuchennym z sąsiadującą Niemką. Dojazd do centrum Londynu zajmuje mi ok. 30 minut.

„This is not happening”- to pierwsza myśl, gdy zobaczyłam swoją spakowaną walizkę jadącą w czeluści samolotu na Lublinku. Po ponad 10 miesiącach syzyfowej pracy polegającej na zbieraniu dokumentów, podpisów, pełnomocnictw, pisaniu planów rozwoju szkoły dotarło do mnie, że jednak ten biurokratyczny maraton będzie miał swoje realne przełożenie na wyjazd. 

Odkąd okazało się, że spędzę dwa tygodnie w Irlandii, czekałam aż je zobaczę. Cliffs of Moher to jedno z tych miejsc, które kojarzą się z Irlandią każdemu. Powstały 319 milionów lat temu. Zbudowane są ze skał wapiennych poprzecinanych równoległymi szczelinami, które powstały w skutek działania wody wymywającej z ich struktury wapień. 

Klify wystają z Atlantyku na wysokość do 214 metrów. Rozciągają się na odcinku około 8 km. Ich widok zapiera dech w piersiach, dlatego co roku ponad milion turystów przyjeżdża je obejrzeć.

Zakończył się pierwszy tydzień mojej nauki w CEC. Nadszedł weekend, który wykorzystałam na zwiedzanie jednych z najpiękniejszych zakątków Irlandii.

Dwie godziny jazdy autobusem od Cork znajduje się miejscowość Kilkenny, a w niej wspaniały zamek. Położony na brzegu rzeki Nore, jest jednym z najsłynniejszych zamków w Irlandii.

Wydarzenia, do jakich doszło w Hiszpanii 17 sierpnia, wstrząsnęły całym światem.

W szkole CEC uczy się wielu Hiszpanów. Część z nich mieszka w Barcelonie. Zdenerwowani próbowali dzwonić do najbliższych. Ci, którzy nie mogli się dodzwonić, przeżywali horror. Reszta z nas trwała przy nich z przerażeniem. Nie potrafiliśmy im pomóc.

Na szczęście nikt z bliskich naszych hiszpańskich kolegów nie ucierpiał w zamachach.


Projekt "Muzyczny klucz do Europy" jest realizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej.

Treść strony internetowej odzwierciedla jedynie stanowisko jej autorów
i Komisja Europejska oraz Narodowa Agencja Programu Erasmus+
nie ponoszą odpowiedzialności za jej zawartość merytoryczną.