Kiedy Nick – mój nauczyciel - ogłosił, że w poniedziałek 28 sierpnia mamy wolne ze względu na Bank Holiday, z całej grupy tylko nasza chińska koleżanka była zasmucona. Pozostali zacierali ręce  na myśl o trzech dniach wolnego w Londynie.

Dlaczego Bank Holiday i dlaczego właśnie w ostatni poniedziałek sierpnia? Pozwolę sobie zacytować przewodnik po Anglii:

 „Letnie Święto Bankowe jest obchodzone w Anglii, Walii i Irlandii Północnej w ostatni poniedziałek sierpnia (w Szkocji w pierwszy poniedziałek sierpnia). Święto zostało wprowadzone na podstawie Ustawy o Świętach Bankowych z 1871 roku i właśnie w tym roku obchodzono je po raz pierwszy. Pierwotnie jego celem było umożliwienie pracownikom banków udziału w meczach krykieta. Z początku w całym kraju Święto obchodzone było w pierwszy poniedziałek sierpnia, ale od 1965 roku (w pierwszych latach testowo) przeniesiono je w Anglii, Walii i Irlandii Północnej na ostatni poniedziałek sierpnia. Obecnie Letnie Święto Bankowe służy jako ostatnia odskocznia przed rozpoczynającym się rokiem szkolnym.”

Razem z Dominiką zaczęłyśmy nasz weekend w piątkowy wieczór wyjściem do galerii sztuki współczesnej -Tate Modern. Usytuowane na południowym brzegu Tamizy, muzeum to mieści się w dawnym budynku elektrowni co nam – łodziankom – przypomina nasze miejskie  industrialne klimaty. Wnętrze budynku poraża rozmiarami, przestrzenią i akustyką (akurat odbywał się koncert muzyki z pogranicza gatunków: hip-hop, elektro, pop? ), które potęgują jeszcze bardziej nierealną atmosferę tego miejsca i świetnie korespondują  z równie odrealnionymi obrazami, rzeźbami i instalacjami. Są  wśród nich prace Picasso ale i polskich artystów. Uważa się, że Tate Modern jest obok Museum of Modern Art ( MoMA) w Nowym Jorku jednym z najciekawszych miejsc na świecie prezentujących sztukę współczesną. Ze względu na swój niezobowiązujący i ekstrawagancki sznyt dla londyńczyków jest przede wszystkim miejscem spotkań w taki właśnie piątkowy wieczór.

A w weekend puls tego niesamowitego miasta jeszcze bardziej przyspiesza. Wieczorny spacer nadbrzeżem Tamizy pozwolił nam zobaczyć, że Londyn, który na co dzień pędzi i oszałamia tempem życia, w piątkowy wieczór bynajmniej nie zwalnia, tyle, że cała energia i uwaga skupia się nagle na ludziach. I miasto tętni śmiechem i głośnymi rozmowami, każdy skrawek trawnika czy murku wokół rzeki okupowany jest przez londyńczyków i turystów. I tylko Tamiza leniwie płynie.

My natomiast ewidentnie zwolniłyśmy w sobotę wysiadając na stacji w Cambridge. Przy wibrującym energią Londynie Cambridge jawi się jako oaza ciszy, zieleni i dostojnej naukowej atmosfery. W wycieczce towarzyszyła nam przesympatyczna Włoszka-Laura, uczestniczka jednego z kursów metodycznych w mojej szkole w Londynie. Zwiedzałyśmy Cambridge mając z tyłu głowy myśl, że już pojutrze przyjeżdża tu Agnieszka Konicka-Kula na kolejną erasmusową „mobilność”. Aga – Tobie zostawiamy relację z tego uroczego miejsca?. Na nas Cambridge z jego parkami, tysiącletnimi murami wywarło niezwykłe wrażenie…

 

Niedzielę zaczęłyśmy od  uroczystości zmiany warty przy Pałacu Buckingham. Trudno było dostrzec cokolwiek w międzynarodowym tłumie gapiów, ale przynajmniej słyszałyśmy, jak orkiestra królewska gra …przeboje współczesnej muzyki pop. Dwa dni wcześniej miał miejsce atak na jednego z policjantów ochraniających tę uroczystość; można było wyczuć pewną nerwowość i wyjątkową czujność służb porządkowych policji – ktokolwiek stanął na murku  czy podwyższeniu natychmiast został głośno i bardzo zdecydowanie pouczony o konieczności zejścia na chodnik.

 

Po Buckingham diametralnie zmieniłyśmy klimat. Tuż obok znajduje się Hard Rock Cafe z imponującą kolekcją strojów, rekwizytów i instrumentów muzyków i zespołów rockowych – od The Ramones, przez Boba Dylana, Queen, Prince’a, the Beatles, Madonnę po Pink Floyd i innych. Ku mojej wielkiej radości odkryłam, że centralne miejsce nad barem zajmuje perkusja Johna Bonham’a z Led Zeppelin?. Uwagę Dominiki przykuły natomiast skrzypce należące onegdaj do …Paula McCartney’a.

A potem ruszyłyśmy szlakiem parków londyńskich. W niedzielne południe były pełne spacerowiczów, rodzin – angielskich, tureckich, pakistańskich, polskich, rosyjskich i kto wie jakich jeszcze - piknikujących na trawie, pływających kajakami, jeżdżących na rowerach. Po kolei przeszłyśmy przez Hyde Park  z jego charakterystycznym Speaker’s Corner, gdzie tłum mówców wszelkiej narodowości grzmiał o katastrofie ekologicznej / nadejściu Mesjasza / końcu świata / początku nowego świata ( do wyboru). Stamtąd udałyśmy się do Regent’s Park – miejsca o wiele bardziej subtelnego i klasycznego niż Hyde. Są tam oszałamiające zapachem ogrody różane, zacienione platanami aleje do spacerów, ukryte wśród krzewów stawy oraz londyńskie ZOO. Z Regent’s jest tylko krok do miejsca polecanego przez Nicka – Primrose Hill. Jest to łagodnie wznoszące się trawiaste wzgórze (67m. n.p.m.), z którego można nacieszyć oczy widokiem na centrum Londynu. Na szczycie wzgórza sentencja metafizycznego poety i malarza, Williama Blake’a:

 I have conversed with the Spiritual Sun. I saw him on Primrose Hill.

Późne niedzielne popołudnie zastało nas na Camden Lock -miejscu, którego nie sposób nie polubić. Najbardziej niepokorna dzielnica Londynu pełna jest straganów z pamiątkami, ale też rozbrzmiewa wszystkimi gatunkami muzyki alternatywnej (na myśl przychodzi tutaj Amy Winehouse…) i jest chyba jedną z ostatnich ostoi prawdziwych punków. O czym się osobiście przekonałam?. Na koniec spaceru po Camden  zwabiły nas zapachy ulicznych straganów z orientalnym jedzeniem. Za „piątkę” (funtów) co kto sobie życzy – tajskie, chińskie hinduskie. Pyszna kolacja zjedzona na … camdeńskim krawężniku?

A w poniedziałek, czyli właściwy dzień Bank Holiday wybrałyśmy się pociągiem nad morze. Pod uwagę brałyśmy trzy miejscowości: Hastings (bo klify), Brighton (bo wiadomo-Brighton) i Southend-on-Sea (bo blisko). Wygrała opcja trzecia. I trochę nam zrzedły miny, gdy okazało się, że w Southend w miejscu gdzie kończy się plaża wcale nie zaczyna się morze, tylko ok. półkilometrowy pas podmokłego piachu na którym zacumowane są łódki, brodzą małe dzieci i zbierają kamyczki. Wyglądało to trochę, jak krajobraz z filmu katastroficznego. Złorzecząc, że wydałyśmy 13 funtów, by zanurzyć stopę w morzu, a morza nie ma, udałyśmy się na konsumpcję fish’n’chips z octem. Niedietetyczna konsumpcja trwała w najlepsze na murku (tyłem do „morza”), gdy nagle kątem oka zauważyłam, że pustynna niecka z filmu katastroficznego zamieniła się w całkiem przyjemne morze, w którym pływają do pasa zanurzeni(!) ludzie. Tak dowiedziałyśmy się, że Southend-on-Sea jest codzienne nawiedzane przez imponujące przypływy i odpływy, co zapewne tłumaczy dlaczego zbudowano tam najdłuższe ponoć molo na świecie ( ponad 2 km.).

Długi londyński weekend właśnie się kończy. Pisząc te słowa łypię okiem na moją „homework” na jutro - a miałam trzy dni, żeby się za to zabrać - i obiecuję sobie przemyśleć swoje poglądy w temacie zadawania pracy domowej (maturzyści jednakowoż są proszeni o powstrzymanie entuzjazmu).

Zaczyna się drugi tydzień mojej „mobilności”. London calling…


Projekt "Muzyczny klucz do Europy" jest realizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej.

Treść strony internetowej odzwierciedla jedynie stanowisko jej autorów
i Komisja Europejska oraz Narodowa Agencja Programu Erasmus+
nie ponoszą odpowiedzialności za jej zawartość merytoryczną.