Uff. Doleciałam. Cała i zdrowa. Nie pisałam wam tego wcześniej, ale…ja się bardzo boję latać samolotem! W ogóle – nie lubię, gdy jest wysoko. Metr nad ziemią, no może dwa – ok. Jakoś to zniosę. Ale podniebne podróże? Oj, to nie dla mnie. Na szczęście szybko minęło i już o tym zapomniałam ;) I tak naprawdę dopiero teraz mogę na spokojnie rozkoszować się pięknymi krajobrazami widzianymi z lotu ptaka. Oglądanie ich w formie zdjęć na moim komputerze w zupełności mi wystarczy ;)

Do Londynu leciałam z Wrocławia. Gdy zjawiłam się po 4 rano na lotnisku za oknem królowała jeszcze noc. I chociaż terminal wypełniony był całkiem sporą ilością podróżujących , to mam wrażenie, że dopiero pierwsze promienie słoneczka obudziły ten nieco zaspany tłum. Do lotu pozostały dwie godziny. Dokonałam odprawy i... I nawet nie wiem kiedy mi ten czas zleciał. Czy to nerwy i stres? A może zmęczenie? Przecież z tego wszystkiego nie mogłam spać pół nocy… No nic. Czas wejść na pokład. Ahoj przygodo! Otuchy dodawała mi książeczka, którą wykonała dla mnie moja córcia Basia, a w której znajdowały się jej różne rysunki. Gdy w powietrzu mocniej obleciał mnie strach – od razu zasiadłam do lektury Basikowego dzieła i momentalnie humor mi się poprawiał. To był dobry pomysł córeczko! Dziękuję!

Anglia przywitała nas mgłą. Tak przynajmniej twierdził pan kapitan i z tego powodu zanim  wylądowaliśmy na lotnisku London Stansted krążyliśmy w powietrzu przez jakieś 15 dodatkowych minut. Coś mi się jednak nie do końca chce wierzyć w tę mgłę, bo jak wylądowaliśmy to na dworze była przepiękna, słoneczna pogoda. Mgła zatem może i była…ale się zmyła.

Po przylocie postanowiłam pospacerować chwilkę po lotnisku. Ponieważ przed wylotem wstąpiłam na krótką chwilkę do kaplicy na lotnisku wrocławskim, tak i tutaj postanowiłam poszukać takiego miejsca. Prayer room okazał się malutkim pomieszczeniem, w którym w atmosferze ciszy i spokoju można się było pomodlić. Było to miejsce nie związane z żadną religią – każdy, kto odczuwał takie pragnienie serca mógł ta przyjść. Pani, która pilnowała tam porządku zapytała mnie czy jestem chrześcijanką czy muzułmanką. Jak powiedziałam, że chrześcijanką zaproponowała mi Biblię do poczytania (była w języku polskim również). Po chwili modlitwy porozmawiałam z tą Panią przez moment. Wyjaśniła mi, że ona pochodzi z Włoch jednak od ponad 20 lat mieszka w Anglii. Podpowiedziała mi też gdzie mogę dowiedzieć się czegoś więcej na temat mojej dalszej podróży.

Dotarcie do Cambrige okazało się nie być żadnym problemem. Z lotniska kursują zarówno pociągi (perony znajdują się w podziemiach terminala), jak i autobusy. Ich przystanek jest tuż przy wyjściu z lotniska, a bilety można kupić na miejscu. Koszt biletu autobusem nationalexpress to 10£, a podróż trwa 30 minut. Wartym podkreślenia jest fakt, że obsługa pasażerów jest tutaj bardzo dobrze zorganizowana. Wszystko jest jasno i czytelnie oznaczone, a dodatkowo na każdym rogu stoją pracownicy, którzy pomogą każdemu, kto potrzebuje jakichkolwiek informacji związanych z dalszą podróżą.

I tak zanim rozsiadłam się wygodnie w fotelu już musiałam wysiadać – Cambridge leży rzeczywiście bardzo blisko lotniska. Do mojej rodziny goszczącej również trafiłam bez problemu. Szukając taksówki zapytałam grupę dziewczyn gdzie znajduje się najbliższy postój i tak po chwili rozmowy okazało się, że taksówki są w przeciwnym kierunku, ale nic nie szkodzi, bo adres, pod który chcę się dostać znajduje się niecałe 10 min drogi piechotką od miejsca, w którym się znajdowałyśmy. Zatem koniec języka za przewodnika i dałam radę J Skoro już o języku mowa to wszystkie moje obawy względem tego, czy będę umiała się porozumieć się nie sprawdziły. Cieszę się, bo radzę sobie naprawdę bez żadnego problemu i oby tak dalej!

Rodzina u której mieszkam jest bardzo miła i pomocna. To starsze małżeństwo, które gości studentów z całego świata już od wielu lat. W chwili obecnej jest tutaj ze mną 19-lenia dziewczyna z Kanady. Wczoraj zaś do domu wróciła Turczynka, która spędziła tutaj pół roku.

Mój pokoik mieści się na piętrze. Biureczko, szafa, komoda, łóżko…czego mi więcej do szczęścia potrzeba? Ano tak – wifi, aby móc wam o tym wszystkim opowiedzieć. Ku mojemu zaskoczeniu wifi jest i działa całkiem nieźle J Dobrze jednak, że zabrałam adapter do kontaktów – w Anglii bowiem wyglądają one inaczej niż w Polsce!

Dzisiaj mamy tutaj Bank Holiday – dzień wolny od pracy. Anglicy odpoczywają i leniuchują, a ja tymczasem postanowiłam wybrać się na mały spacerek po okolicy.

W ten sposób zaczyna się moja przygoda!


Projekt "Muzyczny klucz do Europy" jest realizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej.

Treść strony internetowej odzwierciedla jedynie stanowisko jej autorów
i Komisja Europejska oraz Narodowa Agencja Programu Erasmus+
nie ponoszą odpowiedzialności za jej zawartość merytoryczną.