Poniedziałek w CEC to czas, kiedy w szkole pojawiają się nowi uczniowie. W mojej grupie powitaliśmy Jentę z Japonii, Rudolfo z Meksyku i Jannikę z Niemiec. Także nauczycielka Heather rozpoczęła swoje wakacje, a jej miejsce zajęły Emily i Ankie.

Nowy tydzień rozpoczęłam już spokojniej. Coraz więcej rozumiałam, coraz pewniej radziłam sobie z mówieniem po angielsku. Z przyjemnością uczestniczyłam w zajęciach. Nie tylko rozwijałam swoje umiejętności językowe, ale także podglądałam warsztat irlandzkich nauczycieli. Zaczerpnęłam kilka zabaw i ćwiczeń, które spróbuję wykorzystać na lekcjach matematyki. Zamieszczę je także niebawem w naszym erasmusowym "banku pomysłów".

Coraz lepiej zaczęła się układać współpraca uczniów w moich grupach. Duża część zajęć sprowadzała się do rozmów o zwyczajach panujących w miejscach, z których pochodzimy. Było zabawnie i zaskakująco. 

Podczas jednych z zajęć rozmawialiśmy o reklamach. Pod koniec mieliśmy za zadanie pokazać sobie nawzajem ulubioną reklamę ze swojego kraju. Polski film serwisu aukcji internetowych "allegro" opowiadający historię dziadka uczącego się języka angielskiego, aby móc porozumieć się ze swoją wnuczką, wzruszył wszystkich oglądających uczniów :)

Do moich ulubionych ćwiczeń należała nauka płynności i intonacji wypowiedzi. Uczyliśmy się na przykład odpowiednio opowiadać kawały. Inne ćwiczenie polegało na tym, że jedna z naszych nauczycielek - Raleen - śpiewała nam tekst "la-la-la-la" i naszym zadaniem było przeczytanie angielskiego zdania naśladując brzmienie zaśpiewanej melodii.

Okazało się, że także problemy w nauce języka angielskiego zależą od naszego pochodzenia. Na przykład Japończycy nie wymawiają głoski "r", z kolej w Arabii Saudyjskiej nie ma różnicy między głoskami "p" oraz "b", natomiast jest wiele dźwięków pomiędzy "f" a "w". Hiszpanie mają problem z wymawianiem "sz". Czasami więc było nam trudno zrozumieć siebie nawzajem.

Podczas ostatnich dwóch dni na zajęciach mieliśmy możliwość uczyć się poprzez gry. Układaliśmy angielskie scrabble, poznałam fantastyczną grę "Buzzed Out" oraz "Connections". Bawiliśmy się świetnie nie zauważając nawet, jak wiele ćwiczeń językowych wykonujemy przy okazji.

Po zajęciach w szkole zwiedzałam Cork. Odkryłam wspaniałą historię Nano Nagle (poświeciłam jej oddzielny artykuł). Próbowałam też nawiązać kontakt z polską szkołą w Cork. Jest to placówka kształcąca dzieci Polaków mieszkających i pracujących tutaj.  Niestety, szkoła jest w wakacje zamknięta. Udało mi się jednak porozmawiać z panią kierownik instytucji i ustalić, że spróbujemy skontaktować się we wrześniu. Może uda nam się nawiązać współpracę...

Zwiedziłam Crawford Art Gallery. Jest to Narodowa Instytucja Kulturalna i muzeum sztuki regionalnej. Prezentuje zbiory sztuki wizualnej, zarówno historycznej, jak i współczesnej. W kolekcji stałej wystawione są dzieła począwszy od XVIII-wiecznego malarstwa i rzeźby (irlandzkiej oraz europejskiej), aż po współczesne instalacje wideo. Serce galerii stanowi zbiór rzeźb w stylu greckim i rzymskim, przywieziony do Cork w 1818 roku z Muzeum Watykańskiego w Rzymie.

Ostatnią moją szkolną wycieczką był wyjazd do miasteczka Kinsale. Najpierw zwiedziliśmy Charles Fort - jedną z najlepiej zachowanych europejskich fortyfikacji z XVII wieku o charakterystycznym kształcie gwiazdy. Wysłuchałam legendy o białej damie, która spaceruje po forcie i którą można odnaleźć na swoich zdjęciach po powrocie do domu.
Zwiedzając fort miałam też okazję pierwszy raz od dwóch tygodni porozmawiać z kimś po polsku - poznałam Olę, która do CEC przyjechała w ramach programu Erasmus+ z małej szkoły z okolic Cieszyna. 

Po opuszczeniu fortu spacerowaliśmy po Kinsale - urokliwym miasteczku położonym na wzgórzu. Miejsce to słynie z wąskich uliczek, kolorowych domków, pięknego widoku na port jachtowy...

Miałam okazję uzupełnić tutaj moją kolekcję zdjęć drzwi irlandzkich domów. Zachwycają mnie ich kolory, kołatki, gałki (nie klamki!), zawiasy. Legenda mówi, że to zapobiegliwe irlandzkie żony malowały wejścia do domów na jaskrawe kolory, aby ich mężowie po wyjściu z pubów nie mieli problemów z trafieniem do właściwego mieszkania. Nie wiem, ile w tej historii jest prawdy. Jednak efekt kolorowych wejść w skromnych, jednolitych domkach irlandzkich jest uroczy.

Ostatnie zajęcia w szkole CEC miały wyjątkową oprawę. Abdul pochodzący z Arabii Saudyjskiej poprosił dzień wcześniej, abyśmy w piątek przynieśli jakieś smakołyki specyficzne dla naszego kraju.

Niestety, Raleen zadała nam także do napisania esej. Ja ostatni raz pisałam tego typu pracę ponad 20 lat temu. Odrobienie pracy domowej trwało długie godziny i nie udało mi się już zrealizować pomysłu zrobienia pierogów. Okazało się jednak, że polskie ptasie mleczko zasmakowało wszystkim moim klasowym kolegom. Ja natomiast miałam okazję spróbować hiszpańskiej szynki dojrzewającej, japońskich biszkoptowych paluszków oblanych masą czekoladową o smaku zielonej herbaty matcha (Pocky), irlandzkich ciastek oraz meksykańskich słodyczy  z miąższu owoców tamaryndowca, które łączą w sobie smaki słodki, solony, papryki chili a także kwaśny (Pulparindo). Największą atrakcją dla wszystkich były jeszcze ciepłe arabskie ciasteczka cynamonowe, które specjalnie dla nas upiekł Abdul. Na ostatnim zdjęciu jest arabski zapis nazwy tych ciasteczek :)


Projekt "Muzyczny klucz do Europy" jest realizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej.

Treść strony internetowej odzwierciedla jedynie stanowisko jej autorów
i Komisja Europejska oraz Narodowa Agencja Programu Erasmus+
nie ponoszą odpowiedzialności za jej zawartość merytoryczną.