Szczerze mówiąc... byłam przerażona. W ciągu ostatnich tygodni ogromna satysfakcja z powodu zakwalifikowania naszego wniosku przez Narodową Agencję ustępowała zmęczeniu, a nawet zniechęceniu. Okazało się, że spełnienie niezbędnych procedur, pozyskanie wymaganych dokumentów, uruchomienie środków, aby móc opłacić kursy językowe, przeloty czy ubezpieczenia było żmudną walką z biurokracją.

Powoli traciłam zapał i wiarę, że uda się wszystko załatwić na czas. Tak naprawdę mój wyjazd wisiał na włosku, a sezon wakacyjno-urlopowy utrudniał załatwienie czegokolwiek jeszcze bardziej.

Na szczęście sprawy organizacyjno-papierkowe zakończyły się sukcesem. Nadszedł 12 sierpnia. Jeszcze raz powtórzyłam słówka i zwroty używane na lotnisku (koordynator zadbał o nasze dobre przygotowanie językowe do podróży smile), pożegnałam dzieci oraz kota i wsiadłam do samochodu, którym mąż zawiózł mnie na Lublinek.  Po 2 godzinach weszłam na pokład samolotu. W ten sposób rozpoczęły się mobilności naszego zespołu projektowego.

Po niecałych trzech godzinach wylądowałam w Dublinie - stolicy Irlandii. Tam przywitał mnie plakat:

Poczułam przysłowiowy powiew wiatru w żaglach. Przede mną 15 dni pełnych nowych doświadczeń, nauki i przeżyć - trzeba ten czas wykorzystać jak najlepiej, stworzyć sobie piękną przygodę!

I pięknie było od razu! Z okna autobusu, którym ponad 3 godziny jechałam z Dublina do Cork, obserwowałam wzgórza Irlandii, białe samotne domy, niskie kamienne mury, pasące się zwierzęta i wszechobecny błękit oraz zieleń... 

Dzień przyjazdu był pełen zabawnych przygód. Okazało się, że dojście z dworca do miejsca zakwaterowania jest jedną z nich. Po pierwsze wiele miejsc w Cork jest nazwanych imieniem św. Patryka: zatoka, plac, wybrzeże, ulica itd. Po drugie - na domach nie ma tabliczek z nazwami ulic! Nie mogłam się więc upewnić, czy idę właściwą drogą. W rezultacie krążyłam w kółko, a GPS uparcie pokazywał, że mam do pokonania około 1 km. Ostatecznie dotarcie na właściwe miejsce stało się więc całkiem długą wycieczką po Cork :)

Kolejną przygodą było odnalezienie właściwego pokoju. Okazało się że w mieszkaniu, do którego dostałam klucz, nie ma pomieszczenia oznaczonego numerem 7, który widniał na kluczu! I co teraz??? Na szczęście w recepcji otrzymałam także umowę, z której wynikało, że klucz oznaczony siódemką ma otworzyć pokój numer 1!

 

Tak wygląda miejsce, w którym mieszkam. 

Był sobotni wieczór. Zdążyłam się rozpakować, zrobić niezbędne spożywcze zakupy i zwiedzić najbliższą okolicę. 

W niedzielę poznałam moich współlokatorów mieszkających w pozostałych pokojach: Robertę z Włoch oraz Ester i Benjamina z Hiszpanii. Wszyscy przyjechali do Cork English College.

Wieczorem wybrałam się na mszę świętą do kościoła pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. Ten budynek jest jednym z najlepszych przykładów XIX-wiecznej neogotyckiej architektury w Irlandii.W każdą niedzielę są tu odprawiane trzy msze: w języku irlandzkim, po łacinie i po angielsku. Ja uczestniczyłam w tej ostatniej. 

kościół st. Peter and Paul w Cork 

Weekend dobiegł końca. Kilka miesięcy przygotowań, wyobrażeń, oczekiwań doprowadziło mnie do tego momentu - zaczęła się moja przygoda!


Projekt "Muzyczny klucz do Europy" jest realizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej.

Treść strony internetowej odzwierciedla jedynie stanowisko jej autorów
i Komisja Europejska oraz Narodowa Agencja Programu Erasmus+
nie ponoszą odpowiedzialności za jej zawartość merytoryczną.