Jak rozumieć nazwę naszego projektu? Można wskazać kilka interpretacji, najbardziej oczywista, to ta, że jako nauczyciele szkoły muzycznej poszukujemy kontaktów z europejskimi partnerami właśnie pod kątem muzyki, tak, aby nasza szkoła mogła jak najlepiej wykorzystać swój nietuzinkowy potencjał. Postanowiłem jednak spojrzeć na to z nieco innej strony.

Większość z nas udaje się na swoje mobilności na Wyspy Brytyjskie – do Anglii, Irlandii, Szkocji, może warto więc poszukać klucza do zrozumienia muzyki brytyjskiej, poznać nieco jej historię i tradycję? Poniekąd, właśnie przez muzykę brytyjską, ma prowadzić ta nasza droga do Europy. I temu, mam nadzieję, przysłużyć może się ten tekst.


Gdzie ta brytyjska klasyka?

Kiedy myślimy dziś o muzyce zza Kanału La Manche, w naturalny sposób wskazujemy na wykonawców muzyki rozrywkowej, począwszy od The Beatles i Rolling Stones, przez Pink Floyd, Genesis, aż po najnowsze gwiazdy świecące jasno na firmamencie światowego show-businesu. Może ktoś pomyśli jeszcze o irlandzkim folku ze stepującymi tancerzami, no i oczywiście szkockich dudach. I w zasadzie na tym koniec…

A co z tak zwaną muzyka poważną, klasyczną, artystyczną, czy jak tam ją zwał? Tu pojawić się może pewne zakłopotanie, no bo Bacha, Mozarta, Beethovena, Chopina, Czajkowskiego, Verdiego, Debussy’ego, czy Dworzaka zna niemal każdy Europejczyk, w tym Polak, ale kto może wymienić jakiego kompozytora brytyjskiego? Jest! George Friderick Handel…No tak, ale w istocie to emigrant z Niemiec (Georg Fridrich Händel), zwabiony na wyspy możliwością olbrzymich zarobków jakie czekały tam na kompozytora i impresaria operowego. W XVIII wieku z powodu solidnej, brzęczącej monety i szeleszczących banknotów, do Londynu przybędzie jeszcze kilka innych kompozytorskich gwiazd z kontynentu, że wspomnieć choćby jednego z synów wielkiego Jana Sebastiana – Johanna Christiana Bacha, zwanego „Londyńskim Bachem”, lecz przede wszystkim Józef Haydn, skromny muzyk książąt Esterhazy, który dopiero nad Tamizą zyskał pozycję absolutnej muzycznej Superstar! Bowiem na przybyszów czekały tam nie tylko pieniądze, ale również i sława, rozlewająca się szeroko nad „Imperium, nad którym nigdy nie zachodzi słońce”, a więc de facto na cały świat. Tak będzie i w kolejnym stuleciu. Na wyspy, na krócej lub dłużej, udawać się będą więc wycieczki kompozytorów (dla przykładu, taki Mendelssohn czuł się tam niemal jak w domu) oraz wirtuozów – śpiewaków, pianistów, skrzypków itp. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że podjęta z potrzeby podreperowania wiecznie kulejących finansów wyprawa do Anglii i Szkocji, przyspieszyła śmierć naszego Fryderyka Chopina, a w konsekwencji zabrała światu zapewne kilka genialnych dzieł. Wyjazd w zaawansowanym stadium gruźlicy (kwiecień – listopad 1848 r.) do klimatu ociekającego wręcz wilgocią okazał się dla naszego mistrza zabójczy – niespełna rok później zmarł.

Dlaczego muzyka na wyspach zdominowana była przez gości z Europy kontynentalnej wyjaśnia w pewnym sensie fragment jednego z listów Chopina, pisanego podczas pobytu w Anglii: „Muzyka nie jest tutaj sztuką i nie nazywa się sztuką i jeżeli powiesz – artysta, to ci Anglik myśli, że malarz, architekt, snycerz. A muzyka jest profesją, nie sztuką”. Nic dziwnego zatem, że przy takim podejściu Brytyjczyków do muzyki, wybitnych kompozytorów było tam jak na lekarstwo. Nie znaczy jednak, że nie było ich wcale, a warte uwagi postacie możemy odnajdywać w dziejach tamtejszej muzyki już od czasów średniowiecza. Do tego, że tak niewielu znalazło się jednakowoż w głównym nurcie historii sztuki dźwięków, przyczynili się w głównej mierze nasi niemieccy przyjaciele. Tak się bowiem złożyło, że w XIX wieku, kiedy powstawały zręby historiografii muzycznej, centrum badania tej dziedziny były właśnie kraje niemieckojęzyczne. W efekcie historycy niemieccy stworzyli model dziejów muzyki zogniskowany w głównym stopniu na ich rodakach, wyznaczając jako jego kulminacyjny punkt twórczość Jana Sebastiana Bacha – według nich wszystko co ważne w muzyce przed Bachem przygotowywało jego nadejście, a wszystko co ważne po nim, wynikało wprost z jego genialnej spuścizny. W ten sposób na pobocze historii zepchnięta została muzyka krajów tzw. peryferyjnych, takich właśnie jak Anglia, Hiszpania, Portugalia, kraje skandynawskie czy słowiańskie, które, mówiąc kolokwialnie, nie załapały się do głównego, zunifikowanego na przełomie XVIII i XIX wieku nurtu muzyki. Nie wkraczając w dokonania innych nacji skupmy się tu jednak na zasługach mieszkańców Wysp Brytyjskich, poświęcając jednakowoż uwagę tym odleglejszym stuleciom, o muzyce których mówimy „dawna”.


Early music is the best!

Już w średniowieczu, a konkretnie w IX i X wieku, na wyspach wykształcił się odrębny model śpiewu wielogłosowego, wykorzystujący miękko brzmiące interwały tercji i seksty (tzw. gymel). Zaowocuje on pod koniec tej epoki eksportem na kontynent nowoczesnej harmoniki trójdźwiękowej, na której rozwijać się będzie przez kilka stuleci system dur-moll, czyli nasze wciąż obowiązujące poczucie tonalne. Pierwszoplanową postacią był tu John Dunstable, określony zgrabnie w jednym z polskich podręczników historii muzyki (Danuta Gwizdalanka) jako „prapradziadek Beatlesów”. Ponoć słuchając śpiewaków Dunstable’a muzycy burgundzcy, a trzeba pamiętać, że Księstwo Burgundii w XV wieku było centrum życia muzycznego ówczesnej Europy, stali w oniemiałym zachwycie!

Przez kolejne dwa stulecia muzyka brytyjska straciła nieco na oryginalności, naśladując, ale i twórczo przetwarzając wzorce kontynentalne, głównie włoskie i francuskie. W stylistyce renesansowej wypowiadali się wspaniale tacy twórcy jak Thomas Tallis, John Taverner, William Byrd – mistrzowie cyklu mszalnego i motetu; grupa kompozytorów (m.in. Thomas Morley, Thomas Weelkes and John Wilbye) przeszczepiła z Włoch na grunt angielski najwspanialszy ówczesny gatunek świeckiej muzyki wokalnej – madrygał; jeszcze inni stworzyli podwaliny nowoczesnego stylu instrumentalnego, byli to tzw. wirginaliści (klawesyniści) angielscy (ponownie William Byrd, Orlando Gibbins, Thomas Tomkins), naśladowani przez artystów z Niderlandów i Północnych Niemiec, a także lutniści z genialnym Johnem Dowlandem na czele, w którego muzykę zanurzył się na jednej ze swoich płyt Sting (Songs from the Labyrinth). Wszystko to działo się w czasach panowania Elżbiety I, które można określić jako złoty okres dla brytyjskiej sztuki dźwięków. Mieszkańcy Wysp tak rozsmakowali się w swojej muzyce, że przeoczyli nadejście nowego stylu – baroku. Kiedy większość krajów na kontynencie grywała już i śpiewała wyrafinowaną muzykę z basso continuo wyspiarze wciąż delektowali się brzmieniem postrenesansowym, takim na przykład jak consorty viol da gamba, w których specjalizował się ekscentryczny muzyk-żołnierz Willam Lowes.

Burzliwe wydarzenia wieku XVII nie stworzyły dobrego gruntu dla rozwoju muzyki i w istocie dopiero po restauracji monarchii Stuartów styl barokowy mógł rozwinąć się w pełni także i nad Tamizą. Pod koniec stulecia najjaśniej świeciła tam gwiazda Henry Purcella – genialnego twórcy muzyki wokalnej i instrumentalnej, m.in. słynnej Ody na dzień Św. Cecylii, którego rodacy okrzykną po przedwczesnej śmierci (żył ledwie 36 lat) zaszczytnym mianem Orpheus Britannicus. Kto wie jednak, czy jako dzieło najtrafniej oddające ducha rodzącego się właśnie Imperium nie należałoby wskazać jego maski (masque) The King Arthur. Już sama forma jest oryginalnym wytworem łączących cechy dramatu mówionego, do którego rodacy Szekspira i Marlowa mieli szczególne upodobanie, z najważniejszym dla całego baroku gatunkiem muzycznym - operą. Nas interesuje tu jednak głównie treść, w istocie patriotyczno-propagandowy panegiryk, w którym przywołując z zamierzchłego średniowiecza postać legendarnego monarchy, sławiona jest potęga i piękno królestwa Anno Domini 1691. Jest to wątek o tyle istotny, że kilkadziesiąt lat później wykorzysta go w pewnym sensie również Handel w swoich oratoriach.

Ten, jak się rzekło, niemiecki, czy raczej saksoński emigrant, przybył na wyspy w 1712 roku, zwalniając się samowolnie ze służby księcia elektora hanowerskiego. Na ironię losu zakrawa fakt, że dwa lata później obrażony pracodawca przybył za nim do Anglii i to jako powołany na tron nowy władca korony brytyjskiej Jerzy I. Wieść niesie, że chcąc przebłagać króla Handel skomponował swoją słynną Watter Music i grał ją z orkiestrą podążającą w łódkach za statkiem monarchy podczas spływu Tamizą. Faktem jest, że jako kompozytor zyskał uznanie zarówno rodziny królewskiej, czego dowodem może być otrzymanie obywatelstwa brytyjskiego w 1727 roku, jak i coraz liczniejszego grona brytyjskich melomanów. W Londynie Handel zainteresowany był przez długi czas niemal wyłącznie twórczością operową, jednak kolejne jego teatry przeżywały to wzloty, to upadki - tych drugich zdecydowanie więcej. Jago protektorka, księżna Anna, podsunęła mu pewnego razu pomysł napisania dzieła schlebiającego próżności Anglików, w którym mogliby porównać się do starotestamentowego narodu wybranego. Ponieważ tematyka biblijna nie nadawała się do teatru, Handel sięgnął po znaną mu już formę oratorium. I tak oto narodziła się seria wystawnych dzieł (Juda Machabeusz, Izrael w Egipcie, Salomon, itd.), w których Brytyjczycy odnaleźli wizję swojej potęgi, dwór królewski - majestat i chwałę, a sam kompozytor - sławę i, co zawsze szczególnie go interesowało, pieniądze. Ponieważ jednak jego życie opływało w szereg paradoksów, okazało się, że największą, absolutnie ponadczasową sławę zdobyło jago najskromniejsze angielskie oratorium – Mesjasz, które swoją premierę miało do tego w irlandzkim Dublinie.

Po śmierci Handla w 1759 roku rola jaką odgrywała jego muzyka w brytyjskim społeczeństwie okazała się być większa niż za życia. Można śmiało powiedzieć, że jego dzieła, szczególnie właśnie oratoria, przytłoczyły niemal rzeczywistość muzyczną na wyspach, nie pozwalając innym twórcom na wyjście z ich cienia (kto słyszał w Polsce o takich kompozytorach jak John Stanley, Thomas Linley czy Thomas Arne?) . Tak było przez wiele lat, a jeśli zestawić to z zacytowaną wcześniej opinią Chopina o marnej randze artysty muzyka na wyspach, nie dziwi fakt, że do połowy XX wieku trudno jest wskazać jakiegokolwiek brytyjskiego kompozytora światowego formatu.


Poszukiwacze zaginionych dźwięków

O tym jednak, że żyli tam twórcy godni uwagi starają się przekonać świat sami Brytyjczycy, głównie na gruncie estetyki określanej jako HIP (Historically informed performance), co należy rozumieć jako interpretacje oparte na historycznych praktykach wykonawczych (tzw. wykonawstwo na dawnych instrumentach czy też instrumentach z epoki). W tej stylistyce, popartej gruntownymi studiami, brytyjscy muzycy są od lat mistrzami świata. Wystarczy przywołać takie nazwy zespołów jak choćby: Academy of Ancient Music, The Consort of Musicke, Gabrieli Consort & Players, The Hilliard Ensemble, King's Singers, New London Consort, Tallis Scholars, Taverner Consort and Players, The English Concert, English Baroque Soloists, a także setki (!) wspaniałych instrumentalistów, śpiewaków i dyrygentów. Dzięki ich działaniom, mającym swe początki już w latach 60-tych XX wieku, mogliśmy poznać dzieła wielu, niekiedy zaskakująco intrygujących dawnych mistrzów z Wysp Brytyjskich. Stało się tak głównie za sprawą rynku fonograficznego, owocującego każdego roku kolejnymi katalogami płyt. Szczególne miejsce w kontekście wskrzeszania brytyjskiej muzyki minionych epok (głównie XVII-XIX wieku) zajmuje seria wytwórni Hyperion pod tytułem The British Orpheus, licząca sobie 50 albumów - już sama liczba wskazuje na to, że kanon dawnej muzyki brytyjskiej wykracza daleko poza tych kilkanaście przytoczonych powyżej nazwisk. 

Zachęcam zatem do słuchania i poznania tego co w dawnych wiekach Brytyjczykom w sercach i uszach grało.


Zdjęcie: pixabay.com


Projekt "Muzyczny klucz do Europy" jest realizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej.

Treść strony internetowej odzwierciedla jedynie stanowisko jej autorów
i Komisja Europejska oraz Narodowa Agencja Programu Erasmus+
nie ponoszą odpowiedzialności za jej zawartość merytoryczną.